Pianomatyk na Boski Fest

Boski Fest to bardzo ciekawa inicjatywa odbywająca się na obrzeżach mojej rodzinnej Bydgoszczy, w dawnym ośrodku wypoczynkowym PTTK po środku lasu nad rzeką Brdą. Impreza łączy w sobie luźne koncerty, warsztaty, zajęcia teatralne w bardzo nieformalnej atmosferze – „jak na wczasach”. Festiwal realizowany jest w znacznej mierze „oddolnie” i w znacznym stopniu finansowany ze zbiórki poprzez portal CrowdFundingowy „Polak potrafi”. Organizatorzy zachęcają do przybycia rodzin w składzie wielopokoleniowym.

W tym roku miałem przyjemność wystąpić z pianistyczno-elektronicznym setem w samo południe w niedzielę 8 lipca na tzw. scenie plażowej. Pogoda dopisywała a atmosfera była luźna i bardzo przyjazna. W końcu nie często zdarza się, że bezpośrednio po występie można schować sprzęt i wskoczyć do rzeki przy scenie!

Pianomatyk Bike Tour – dotarcie do Brukseli

Nadszedł zatem dzień dojazdu do Brukseli. Pogoda znowu sprzyja. Z Antwerpii do stolicy Belgii jest ok. 50km i kilka możliwych szlaków, ale polecono nam szczególnie jeden – trasą F1, nazywaną rowerową autostradą (F1 fietsostrade Antwerpen-Mechelen-Brussel). Jest to relatywnie nowy szlak, wciąż rozbudowywany. Obecnie dostępny jest szeroki, dobrze oznakowany i możliwie odseparowany od ruchu kołowego flandryjski fragment z Antwerpii do Mechelen, biegnący wzdłuż trasy kolei szybkiej prędkości.
Odcinek do Brukseli nie jest jeszcze gotowy, a nawigacja poprowadziła nas przemysłowymi przedmieściami belgijskiej stolicy. Tuż przed wkroczeniem w administracyjny obszar miasta zorientowałem się, że zgubiłem pomarańczową chorągiewkę towarzyszącą mi od początku wyjazdu. Cóż, symboliczny znak, że kończy się pewien etap.

Co nas zdziwiło, to jak na Belgię sama Bruksela jest całkiem pagórkowata. Kierując się GPS-em zaliczyliśmy sporo wąskich, jednokierunkowych uliczek w centrum prowadzących raz w górę, raz w dół. Po raz kolejny odniosłem wrażenie, że rowerowy algorytm Google Maps nie jest zoptymalizowany pod kątem wypraw z bagażem i przyczepką!

Miejscem docelowym bylo Lodzkie House, placówka reprezentująca województwo łódzkie i miasto Łódź w Brukseli. Instytucja ta położona jest w sercu Brukseli nieopodal siedziby Komisji Europejskiej i działa aktywnie na rzecz regionu.

Znajoma pianistka Basia ‘Drazkov’ Drążkowska, która sama również jeździ na rowerze i koncertuje, zaczęła organizować tam wydarzenia artystyczne (LO-art) i zaprosiła mnie abym zagrał tam koncert finałowy.

Dotarliśmy sporo przed czasem, tak że nawet udało mi się zagrać jeszcze próbę – po raz pierwszy na trasie, bo zazwyczaj dojeżdżaliśmy w ostatniej chwili… Mimo przejechania rowerem ok. 1000km grało mi się rewelacyjnie. Zadowolenie z ukończenia trasy bardzo korzystnie wpłynęło na formę! Polecam wszystkim taką formę rozgrzewki do gry! Ponadto podczas koncertu Basia wykonała moje 2 kompozycje (w zimie poprosiła mnie o nuty na świąteczny recital) i było to dla mnie szalenie ciekawe i inspirujące. Po raz pierwszy miałem okazję usłyszeć swoje pianistyczne kompozycje w cudzej interpretacji. Co ciekawe Basia interpretowała je nieco inaczej niż ja, co było naprawdę ciekawym odkryciem.
Po koncercie było też można co nieco przekąsić i wypić oraz porozmawiać z gośćmi o wyprawie i o tym co słychać w Brukseli. Część z gości to Polacy pracujący w różnych instytucjach unijnych, a jeden działał aktywnie na rzecz polepszenia infrastruktury rowerowej w Polsce.
Następnego dnia pogoda się zepsuła, ale w planach był tylko odpoczynek oraz dojechanie do jednego z symboli Brukseli – pomniku atomu. Ten etap trasy rowerowej się zakończył, ale to nie koniec całego wyjazdu. Przed powrotem do Polski w planach mieliśmy jeszcze w kolejnych dniach odpoczynek u znajomych w holenderskim Leiden wraz z… domowym koncertem! Ale to już inna historia.

Pianomatyk Bike Tour – wkraczając do Holandii i Belgii

Tak oto wraz z nastaniem kolejnego tygodnia udało się przejechać zachodnią granicę Niemiec. Co by nie mówić, kolejny cząstkowy sukces. Mimo, że system niemieckich dróg rowerowych z polskiej perspektywy wydawał się być bardzo rozbudowany, to dopiero przyjazd do Holandii pokazał jak można kompleksowo zadbać o cyklistów.

Z takich ciekawostek, to zamiast wskazówek z nazwami miejscowości Holendrzy w wielu miejscach używają systemu tzw. „punktów węzłowych”. Każdy taki punkt ma swój dość przypadkowy numerek i mapkę okolicy wraz z sąsiadującymi punktami, do których prowadzą dobrze oznaczone ścieżki rowerowe. Nawigacja polega na podążaniu za tymi numerkami od jednego punktu węzłowego do następnego. Mimo, że wydaje się to skomplikowane, w praktyce jest to dość proste i wygodne.


Jadąc do Eindhoven na domowe granie udało się natrafić na jeszcze jeden holenderski pomysł sprawnienia ruchu rowerowego. Hovenring, specjalne podwieszane rondo rowerowe nad ruchliwą drogą dojazdową do miasta. Nie wiem na ile taka inwestycja jest opłacalna, ale wygląda dość osobliwie.

Całkiem spory odcinek belgijskiej trasy od granicy z Holandią, aż praktycznie do Antwerpii przejechaliśmy malowniczą droga rowerową położona wzdłuż kanału Antwerpen-Turnhout-Dessel. Mimo, że ostrzegano nas przed silnymi wiatrami od Morza Północnego udało się jakoś w miarę trzymać tempo.

Występ w Eindhoven był kameralnym, ogrodowym koncertem rodzinnym. Zawsze miło obserwuję zainteresowanie dzieci tym co się robi na klawiaturze. I jest to fajne, że w odróżnieniu od regularnych sal koncertowych najmłodsi mogą się wszystkiemu przyjrzeć z bliska.
Natomiast w Antwerpii odbył się koncert na domowym pianinie. Nasi gospodarze też uwielbiają jazdę na rowerze i również używają przyczepki, ale do podróży z psem. Mieszkają w niezwykle uroczym starym, ale stylowym domu. Na koncert zabrali nas jednak autem do znajomego małżeństwa. Są oni aktywnie muzykujący, a gospodarz koncertu grywa na basie w zespole którego styl mógłbym określić jako „wakacyjne nuty w klimacie elektro”. Mimo środka tygodnia zebrała się sympatyczna grupka znajomych na widowni.

Trudno w to uwierzyć, ale następnego dnia został do przejechania jedynie relatywnie krótki odcinek ok. 50km i cel tego etapu trasy zostanie osiągnięty! Nie ma się co jednak rozprężać i trzeba się w pełni skupić i zagrać świetny koncert finałowy!

Pianomatyk Bike Tour – w Nadrenia Północnej-Westfalii

Od Bielefeld powinno być teoretycznie łatwiej. Teren stawał się coraz bardziej płaski i do tego jeszcze lekko opadający. Samo miasto położone jest na wzniesieniu zwanym Lasem Teutoburskim. Od tej pory na porządku dziennym będą olbrzymie pastwiska, kanały oraz… liczni rowerzyści dla których przygotowano różnorodne szlaki. Ostrzegano też, że zdarzają się dość silne wiatry wiejące od Zachodu.
Samo Münster było przez wielu napotkanych Niemców opisywane jako rowerowa stolica Niemiec i rzeczywiście widać to na każdym kroku – zarówno po infrastrukturze rowerowej jak i po liczbie rowerzystów. Nie można było więc pominąć tego punktu na mapie wyprawy! W Münster czekała na nas grupa znajomych dla których zorganizowaliśmy niewielki koncert w parku.
 
Od Munster droga miała przebiegać do holenderskiego Eindhoven z przystankami w Dorsten oraz Weeze. W pierwszym z tych miast czekała na nas niezwykle gościnna para, która pomimo swojego wieku aktywnie jeździła na rowerach i gościła rowerzystów z całego świata. Bardzo zaangażowali się w projekt i nawet zorganizowali wywiad w miejscowej gazecie opisujący rowerową społeczność internetową ‘warmshowers’, a przy okazji naszą wyprawę. Ponadto zaprosili nas na rodzinną uroczystość swoich znajomych, która odbywała się w pracowni artystycznej rzeźbiarza Norberta Thena (posiadającej przy okazji scenę i ciekawe instrumentarium).
 
Aby dotrzeć do Weeze, znajdującego się zaraz przy granicy z Holandią musieliśmy najpierw przejechać Ren w okolicach Xanten. Samo Weeze znane jest z lotniska, będącego dawną brytyjską bazą lotniczą i przez pewien czas mylnie reklamującego się jako lotnisko dla Düsseldorfu (oddalonego w rzeczywistości o ponad 80km). W miejscowości akurat odbywało się lokalne święto, podczas którego pierwotnie miałem wystąpić. Później okazało się jednak, że musiałbym dotrzeć w okolicach południa, co było mało realne. Nie mniej udało się zobaczyć właśnie zamykaną tymczasową galerię umieszczoną w… stodole!

Nocleg spędziliśmy u ciekawej pary, która obecnie prowadzi ekologiczne gospodarstwo, a kiedyś przez parę lat objechała świat na rowerach. Byli m.in. w Polsce i wśród licznych naklejek na ramie odnaleźliśmy także polskie Koronowo.

Pianomatyk Bike Tour – u podnóża Gór Harz

Przepełnieni dobrymi wrażeniami z pierwszych 3 dni, zregenerowani po lżejszym sobotnim odcinku, najedzeni do granic i wyposażeni w wałówkę na drogę, wcześnie rano rozpoczęliśmy 4-ty dzień wyprawy. Według planu miał być on najdłuższym do tej pory. Rozpoczynać miał jednocześnie nowy fragment podróży.

Fragment ten będzie wiódł prosto na zachód, stopniowo teren będzie się stawał coraz bardziej górzysty, okolicę zapełnią malownicze wioski z charakterystycznymi domami szachulcowymi i trafią się liczne zamki oraz stare opactwa. Niepostrzeżenie u po środku gór Harz przekroczymy też niewidzialną granicę pomiędzy dawnymi dwoma odrębnymi państwami niemieckimi.

Region znany jest też z grasujących czarownic, a niektóre z nich swój urok rzucają bezpośrednio z dwóch kółek…

 Mniej oczywistą i bardziej nowoczesną „atrakcją” okazała się elektrownia atomowa usytuowana nad jedną z rzek.

Odcinek ten obfitował w kolejne niesamowite koncerty. W Quedlinburgu dzięki zaangażowaniu poznanej przez internet Conny zagrałem w niezwykle inspirującym wnętrzu. Był to świeżo otwarty sklep z antykami pełniący jednocześnie funkcję kawiarni. Właściciele początkowo nie byli w pełni przekonani do idei koncertowej, ale występ tak im się spodobał, że zaczęli myśleć o kolejnych. Z kolei Conny jak się okazało była prawdziwą multiinstrumentalistką i po moim recitalu starczyło czasu na jam session. Samo miasto jest przepiękne, a jego starówka oraz zamek zostały wpisane są na światową listę dziedzictwa UNESCO. Mimo zmęczenia po części muzycznej chętnie wyruszyliśmy więc na krótki spacer.

Dostępny jest krótki filmik koncertu w Quedlinburgu: https://www.facebook.com/peer.imac/videos/10157636477477501/

Zupełnie inny charakter mial występ w niewielkiej, ale bardzo kulturalnej wiosce Heckenbeck. Korzystając ze słocznej pogody, goszcząca nas Phoebe zaprosiła mieszkańców na skraj wioski, u stóp 2 rozłożystych dębów, gdzie stoi kilka ławeczek i stolików do pikinku. Ludzie chętnie przyszli całymi rodzinami z kocami i przekąskami, a po koncercie mieli sporo pytań co do trasy.

Aby jeszcze bardziej wypełnić dzień muzyką, po występie zostaliśmy zaproszeni na domową próbę trio prowadzonego przez Phoebe. Przygotowywali się oni do występu podczas lokalnych uroczystości mających nastąpić za parę dni.

Kolejny występ miał miejsce w niewielkiej nieco zapomnianej miejscowości Buchahgen liczącej obecnie ok. 60 mieszkańców, która posiada jednak kilka ciekawych budynków z czasów przemysłowego rozkwitu. W jednym z nich będącym stary młynem (Kulturmuhle) obecnie odbywają się co jakiś czas różnego wydarzenia artystyczne na całkiem sporej scenie. Zagrałem tam kameralny, medytacyjny koncert na bardzo delikatnie brzmiącym instrumencie.

Wreszcie w Bielefeld, największym mieście na trasie od czasu wyjazdu z Berlina, odbył się ponownie domowym występ. Tym razem okazało się, że gospodarz posiada niewielkie domowe studio muzyczne, o czym wcześniej nie wspomniał przy korespondencji e-mailowej. Właśnie kupił nowy fortepian, a na stary jeszcze nie znalazł kupca, więc natężenie klawiszy na metr kwadratowy było całkiem spore!

Samo Bielefeld w całych Niemczech jest znane z popularnego żartu będącego teorią konspiracyjną. Mówi ona o tym, że tak naprawdę to miasto nie istnieje (Bielefeld doesn’t exist!). Dowiedziałem się o tym jeszcze w Polsce i niemal na całej trasie, gdy kreśliłem przyszłe przystanki, słyszałem w kółko to samo. No cóż… odnieśliśmy wrażenie, że jednak dotarliśmy tam, ale być może to tylko złudzenie?

Pianomatyk Bike Tour – Początek etapu Berlin-Bruksela

Miło być znów w trasie, miło być znów na rowerze i miło znów grać codziennie koncerty w kolejnych gościnnych lokalizacjach. Wreszcie fantastycznie jest spotkać na żywo ludzi, z którymi intensywnie się kontaktowałem w ostatnich tygodniach organizując kolejne etapy projektu.

Pierwsze 3 dni trasy od razu wypełnione były różnorodnymi wrażeniami. Najpierw przejechaliśmy przez cały Berlin z obowiązkowym zaliczeniem Bramy Brandenburskiej. Tym samym zachowana została ciągłość z poprzednim etapem wyprawy, symbolicznie zakończonej w tym miejscu. Na zachodnich przedmieściach Berlina zatrzymaliśmy się w pięknej historycznej miejscowości Poczdam, gdzie odbył się pierwszy koncert na trasie.

Dalej droga wiodła wzdłuż malowniczych jezior na Haweli (niem. Havel), po czym przenieśliśmy się do słabiej zaludnionej i lesistej części Brandenburgii, z koncertem w Wiesenburgu. Następnie wkroczyliśmy do kraju związkowego Saksonia-Anhalt i udaliśmy się nad Łabę, do miejscowości Vockerode koło Dessau-Rosslau.

Ta część trasy obfitowała zarówno w liczne atrakcje turystyczne jak i tereny niezwykle malownicze.

Już te pierwsze 3 dni wypełniły 3 zupełnie niezwyke koncerty, które wskazały, że będzie to trasa wyjątkowa! Pierwszy występ w Poczdamie odbył się u bardzo muzykalnej rodziny i zakończył małym jam session na wiolonczelę i pianino.

Drugi recital zagrałem w niewielkiej galerii usytuowanej w starej szkole (Alte Schule) ze starym, ale klimatycznym pianinem. Spieczeni słońcem nie mogliśmy się oderwać od domowej lemoniady i owoców przyniesionych przez organizatorów wydarzenia.

Wreszcie trzeci występ miał miejsce w okolicznościach chyba najbardziej niezwykłych dla mnie do tej pory w całym życiu. Przyjechaliśmy do sporego gospodarstwa, które goszcząca nas rodzina nabyła kilka lat temu i krok po kroku z klasą upiększa. Korzystając z pięknej pogody i sobotniego popołudnia nasz gospodarz zaprosił sporą grupę sąsiadów. Zastanawiając się nad najdogodniejszym miejscem do występu ustaliliśmy, że najciekawiej będzie zainstalować moje przenośne pianinko na… pięknym zabytkowym traktorze. Koncert uzupełnił późniejszy grill, podczas którego kalorie udało się uzupełnić ponad limit!

W tym początkowym okresie do pokonania mieliśmy raczej niewygórowane dystanse, tak aby wdrożyć się w rytm podróży. Pogoda w miarę sprzyjała – trochę upałów, przelotny deszcz i burza która przeszła bokiem. Trasa wiodła nieco na południe. Na samym początku trzymaliśmy się europejskiej trasy rowerowej R1, ale za Bad Belzig odbiliśmy, aby odnaleźć ją ponownie nad Łabą. Dalej będziemy jechali dość długo prosto na zachód. W okolicach Poczdamu spotykaliśmy licznych rowerzystów, drogi były dobrze oznakowane i dobrej jakości. Wjeżdżając na tereny bardziej lesiste ruch na trasie zdecydowanie spadł. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni…

Plakat przed recitalem w Warszawie

Poniżej i oficjalny plakat wtorkowego koncertu!

Więcej info: Przejdź do wydarzenia na Facebooku.

 

W radiowej Czwórce

Dzisiaj w Polskim Radio (Czwórka) opowiadałem o Rowerowej Trasie Koncertowej i zapraszałem na wtorkowy Recital Podróżniczy.

Emisja materiału we wtorek rano (29 maja). Zapraszam do wysłuchania przed radioodbiornikami lub za pośrednictwem internetu.

Po materiale zaś widzimy się wieczorem na koncercie!

Do usłyszenia i zobaczenia…

Pianomatyk Bike Tour – etap Berlin-Bruksela

Trochę nieśmiało wznawiam muzyczną podróż w ramach projektu Pianomatyk Bike Tour 2017, a właściwie już 2018…

Tym razem mając w głowie doświadczenia ubiegłegocznego przejazdu z Warszawy do Berlina trasa będzie wiodła dalej z Berlina do Brukseli, a odcinek Bruksela-Paryż pozostaje na deser.

Tym razem będzie trochę inaczej, mniej występów oficjalnych, więcej domowych, jeszcze więcej spotkań z ludźmi na trasie no i wyruszamy na trasę we wzmocnionym dwuosobowym składzie!

Trasa obejmie przejazd przez takie miejscowości jak:
Berlin – Poczdam – Wiesenburg – Dessau-Rosslau – Quedlinburg – Goslar – Bad Gandersheim – Hoxter – Bielefeld – Munster – Dorsten – Weeze – Eindhoven – Antwerpia – Bruksela

Dodatkowo na sam koniec planowane są odwiedziny znajomych w holenderskiej Leidzie.
Poniżej schematyczna mapka:

Recital Podróżniczy w Pianosalonie Steinway&Sons

Rok po recitalu inaugurującym projekt Rowerowej Trasy Koncertowej w warszawskim Pianosalonie Steinway & Sons, nadszedł czas powrotu do punktu wyjścia i krótkiego podsumowania dotychczasowej trasy.

W programie autorskie kompozycje z pogranicza jazzu i muzyki filmowej oraz trochę wspomnień z muzycznych podróży!

 

 

 

KIEDY I GDZIE?
29 maja (wtorek), początek godz. 19.00
Pianosalon Steinway & Sons,
Warszawa, ul. Ordynacka 10/12

Wstęp 20zł, bilety do nabycia przy wejściu.
Liczba miejsc siedzących ograniczona!

Więcej informacji: https://www.facebook.com/events/166306980703738

Powrót do góry

Nagrania koncertowe:

 
Patrz także: Facebook
Patrz także: YouTube
Patrz także: Soundcloud
Patrz także: RSS
Patrz także: E-mail